czwartek, 26 lutego 2015

O tym, jak szyłam tiulową spódnicę, czyli kilka wskazówek jak okiełznać materię...





"Szycie tiulowej spódnicy to czysta przyjemność przerywana sporadycznymi napadami frustracji."


:))) Tak mogłabym podsumować jej szycie. I choć to nie taka skomplikowana sprawa, jakby się mogło wydawać, to jednak na kilka rzeczy trzeba zwrócić uwagę. Dzisiejszy post nie jest tutorialem, ale zawiera kilka pomocnych wskazówek. Zatem: Jak uszyć tiulową spódnicę?







* Spódnicę tę szyłam na warsztatach u Róży Rozpruwacz, bo sama nie odważyłam się zmierzyć z tiulem. :))

1) Według mnie najbardziej skomplikowane jest cięcie materiału. Moja spódnica składa się z sześciu warstw tiulowych kół i podszewki również ciętej z koła. Tiul sprężynuje, więc żeby go pociąć (obliczając wcześniej promień koła na talię i uwzględniając długość spódnicy) najlepiej na początek go okiełznać. W tym celu tniemy materiał na kwadraty, które składamy na cztery, spinamy lub fastrygujemy, by nie uciekał i dopiero zabieramy się do wycinania. Rysować po tiulu się nie da, więc dobrze jest zrobić papierowy szablon części koła, który po przypięciu łatwo jest równo wyciąć.




2) Podszewka cięta z koła jest bardziej skomplikowana od samego tiulu. Delikatne włókna cięte pod skosem wyciągają się i deformują, co prowadzi do nieciekawych sytuacji, gdy podszewka zaczyna wystawać spod spódnicy (patrz: zdjęcie poniżej). UPS! ;-) Żeby temu zapobiec można po wycięciu wyprać podszewkę i rozwiesić na tydzień czasu, by pod własnym ciężarem włókna wyciągnęły się tyle ile im się podoba (oczywiście podszewkę rozwieszamy przypinając ją klamerkami w talii). To jednak nie zmienia faktu, że materiał trzeba wyrównać. Próbowałam to robić na leżąco, ale po każdym cięciu podszewka była krzywa. Zatem: PODSZEWKĘ RÓWNAMY POWIESZONĄ! Tak, inaczej się nie da. Odmierzamy skrupulatnie po kawałeczku żądaną wysokość od talii, zaznaczamy ją na tkaninie, a następnie w powietrzu równamy nożyczkami.



3) Jak już powycinamy, to przed wszyciem paska musimy połączyć wszystkie warstwy tiulu razem fastrygą. Tutaj zaczyna się kolejny trudny moment. Ułożenie kół równo na sobie to nie lada wyczyn. Ułożysz pierwsze z drugim, a następne wszystko psuje - koszmar! Ale i na to jest sposób. Grunt to podłożyć coś kontrastowego pod spód. Mój jasny tiul ułożyłam równo dopiero na czarnym podkładzie. Jeśli szyjecie ciemną tiulówkę wykorzystajcie białe prześcieradło. 5 minut i gotowe! ;-)



4) Kiedy uporacie się z wszyciem zamka krytego, paska i przyszyjecie guziki, to ostatnim etapem będzie podwinięcie podszewki. Można robić to "na oko", można upinać szpilkami (Powodzenia!), ale najszybciej zrobicie to stopką do zawijania/podwijania. Wiem, szycie na niej wydaje się kosmicznie trudne, ale zapewniam, że wystarczy poćwiczyć, żeby w kilka minut uporać się z podwinięciem całej podszewki. Jak to zrobić? Patrz zdjęcie poniżej.

Stopka do podwijania - jak jej używać?



Materiał zawijamy na płasko, na raz - resztę zrobi za nas stopka, by na końcu wyglądało to tak, jak na zdjęciach poniżej. O czym trzeba pamiętać? Przede wszystkim o ustawieniu igły w takiej pozycji, by wbijała się jak najbliżej końca podwinięcia. Drugą ważną rzeczą jest fakt, że raczej nigdy początek podwinięcia nie wychodzi. Tak bywa, więc nie ma się co wściekać, tylko wypruć ten kawałek i kończąc całe podwinięcie przeszyć początek jeszcze raz. Wówczas całość wygląda wzorowo. :) (Przynajmniej w teorii) :)))))))))) Jeśli tak się nie uda, to zawsze możecie podwinąć ten kawałeczek ręcznie ciesząc się przy tym, że nie przyszło Wam szyć ręcznie całości :)


To tyle w kwestii subiektywnych rad przy szyciu tiulówki. Kto wie, może komuś pomogą? ;-))
Do usłyszenia!


piątek, 20 lutego 2015

Czerwony fartuszek, czyli o siostrzanej przysłudze...




Czerwony fartuszek, który uszyłam powstał na prośbę Mojej Siostry, która uwielbia piec. Sama zrobiła projekt i dobrała tkaniny, ja musiałam tylko, a raczej aż przenieść jej rysunek na materiał i sprawić, by całość jak najbardziej przypominała ten wymarzony :-). Nie było łatwo, bo o ile spódnicę z koła już robiłam i zrobienie jej nie stanowi problemu, to góra okazała się wyzwaniem.



Jak widać na zdjęciu powyżej wykorzystałam do tego manekin i czarną tasiemkę, którą na nim upięłam, by następnie przyłożyć papier i odrysować wykrój. Nie było łatwo, ale metodą prób i błędów się udało. Czy wyszło ok - sami oceńcie :) (w lewym górnym rogu zdjęcia widać projekt fartuszka, z którym musiałam się zmierzyć).



Sesję zdjęciową nowego fartuszka robiłyśmy razem. Siostra pozowała w nim, a ja w mojej nowej tiulówce. Może i słowo nowa, nie do końca jest prawdą, ale zważywszy na to, że dopiero w tym miesiącu uporałam się z jej podszewką, to teraz przyszedł czas, by ją pokazać. Szczegóły szycia, pokażę w przyszłym tygodniu.

Póki co, kilka zdjęć z naszych wygłupów przed aparatem :)))))))))))) Dla zainteresowanych zaznaczam, że w tej sesji nie ucierpiały moje włosy (ani inne zwierzęta, oczywiście) ;)


poniedziałek, 16 lutego 2015

Kurs kaletniczy w Krakowie - podsumowanie semestru...

Tak, pierwszy semestr kursku kaletniczego za mną. Sama nie wierzyłam, że wytrwam i że będzie mi się chciało jechać te niemal 300km w jedną stronę, ale udało się. ;-) Tydzień temu odbyły się ostatnie zaliczenia, więc postanowiłam podsumować ten czas na blogu i przy okazji pokazać resztę uszytych na kursie rzeczy. To co widać na zdjęciu poniżej, to wszystkie uszyte w tym czasie rzeczy. Do kolekcji brakuje mi tylko piórnika, na którym mnie mnie było. (Ale obiecuję poprawę i zapewniam, że to nadrobię!).


Kilka z tych przedmiotów już pokazywałam TUTAJ i TUTAJ. Dzisiaj zostały mi do pokazania trzy rzeczy. Dwie torby i żółwik :)

Ta duża torba gospodarcza/plażowa z kodury tylko wygląda skomplikowanie. W rzeczywistości najtrudniejszymi do uszycia okazały się chowana kieszonka i zamek.


Druga uszyta torebka miała nauczyć nas pikowania. Tym razem użyłam czekoladowego skaju i... złotego zamka. Wolę srebrne dodatki, ale tym razem to był jedyny dostępny brązowy zamek w pasmanterii, więc nie miałam wyboru. Torebkę pikowałam podkładając pod skaj kilka warstw ociepliny. Przymocowałam do niej dwa półkola, bym w razie potrzeby mogła przyczepić łańcuszek i nosić ją na ramieniu. Jednak póki go nie kupię mam czekoladową kopertówkę :-)


Ostatnią rzeczą jest maleńki żółwik - etui na klucze. Mam nadzieję, że zdjęcia zrobiłam dobre i widać że to żółw, bo prawie każdy komu go pokazuję mówi: "O! Jaka ładna ŻABA!!!". To chyba przez ten zielony kolor.... ;-))))))))))





To tyle w temacie kursu. Kolejny semestr zaczynamy w marcu. Już nie mogę się doczekać! :)))))

piątek, 6 lutego 2015

FILM Z IGŁĄ W TLE - The Great British Sewing Bee

Źródło zdjęć z posta (poza oznaczonymi inaczej)

Dziś podzielę się z Wami moim wielkim odkryciem. Mianowicie kiedy w czasie ostatniej choroby leżałam potulnie w łóżku czekając aż organizm za sprawą tabletek musujących sam się zregeneruje, znalazłam w sieci brytyjski program The Great British Sewing Bee. To fenomenalne źródło wiedzy dla osób, które zaczynają szyć i ruszają w kierunku kompletowania uszytej przez siebie garderoby. Wierzcie mi, chorowanie nigdy nie było tak przyjemne :))

Z roku na rok obserwuję wzrost zainteresowania szyciem, co bardzo mnie cieszy. Powstają kawiarenki szyciowe, w sieci mnożą się tutoriale pokazujące, jak w prosty sposób uszyć coś ze starych spodni, czy koszuli, a sklepy z tkaninami i pasmanterie przeżywają oblężenie. To krzepiące, że coraz więcej osób odkrywa w sobie talent i chwyta za maszynę.


Szycie to wdzięczne zajęcie które uczy technicznego myślenia, pobudza kreatywność i daje masę satysfakcji z własnej pracy. To właśnie takie przesłanie płynie do nas z brytyjskiego programu. Sewing Bee jest poświęcony przeciętnemu widzowi, który w domowym zaciszu sięga po maszynę do szycia i próbuje swoich sił szyjąc poszewkę na poduszkę, by za chwilę zapragnąć uszyć spodnie. Uczestnicy to amatorzy szycia, dla których program jest miejscem na wzbogacenie wiedzy i umiejętności w tworzeni ubrań.






Program prowadzi przezabawna dziennikarka Claudia Winkelman.  Jej głównym zadaniem wydaje się przypominanie uczestnikom o upływającym czasie, bo co chwilę słychać "ten minutes left!!!" ;-). Jednak w rzeczywistości sprawia, że presja czasu staje się znośna, a widzowie pękają ze śmiechu. Jurorzy to May Martin - mistrzyni szycia odzieży z 40-letnim stażem oraz Patrick Grant ;-))) właściciel marki Savile Row tailors Norton and Sons specjalizującej się w szyciu odzieży męskiej, której klientami swego czasu byli m.in. Cary Grant czy Winston Churchill. Ich uwagi dotyczące uszytych rzeczy wiele rozjaśniają i sprawiają, że szycie wydaje się dużo prostsze (oczywiście najpierw trzeba zaznajomić się z angielskim słownictwem krawieckim :)),

Claudia Winkelman

Patrick Grant i May Martin

Każdy z odcinków zawiera cztery elementy. Pierwszym jest konkurencja polegająca na uszyciu ubrania na podstawie otrzymanego wykroju. Tutaj nie ma miejsca na dowolność. Jurorzy oczekują, że uczestnicy trzymając się ściśle opisu uszyją rzecz, którą później zaprezentują na manekinie. Czasem kogoś poniesie wyobraźnia i doda szereg niepotrzebnych kieszeni, czy ozdób, innym razem uszyta rzecz nie mieści się na manekinie, ale za każdym razem widzowie z tego etapu programu wynoszą wiele. Na każdym kroku, prowadzący opowiadają o tym, co jest robione źle, a przejrzyste grafiki pokazują zasady łączenia poszczególnych elementów wykroju. 

Druga konkurencja ma pobudzić kreatywność uczestników. Dostają oni gotowe ubrania, które mają w dowolny sposób przerobić na coś innego, np. z koszuli  zrobić dziecięcy strój na bal przebierańców. Niektórzy na tym etapie męczą się strasznie, bo zazwyczaj mają na wykonanie ubranie 1-2h. Innym idzie to sprawnie i dzięki prostym zabiegom uczą widzów, jak wyczarować coś z niczego.

Trzecia konkurencja jest zarazem najtrudniejsza, bo polega na uszyciu i dopasowaniu ubrania do konkretnej osoby. Nagle okazuje się, że szycie to jedno, a ludzkie ciało to drugie. Na tym etapie możemy się nauczyć najwięcej, ponieważ po przymiarce widać każde niedociągnięcie. Ja nadal uważam, że to najtrudniejszy etap szycia ubrań :)

Ostatnim, czwartym elementem programu, który uwielbiam, jest materiał poświęcony historii szycia. Claudia Winkelman zwiedza Anglię, by dzięki specjalistom w tej dziedzinie przybliżyć nam ciekawe zagadnienia, jak na przykład to kiedy i gdzie powstały pierwsze wykroje do samodzielnego szycia ubrań. 

ZA CO LUBIĘ TEN PROGRAM?

Jest wiele rzeczy, które w nim doceniam. Prowadzące program trio, to przesympatyczne osoby z wielką wiedzą, od których mogę się uczyć. Nie bez znaczenia jest też dla mnie poziom kultury osobistej uczestników, której w programach tego typu brakuje. Przejrzyste schematy sprawiają, że skomplikowane formy stają się jaśniejsze, a ich uszycie mniej skomplikowane. Wnętrza w których odbywają się konkurencje działają na moją wyobraźnię i z każdym odcinkiem zazdroszczę uczestnikom, że mogą w nich przebywać i korzystać z tysiąca dodatków i tkanin. Jedyny minus to język angielski, który może stanowić barierę w pełnym zrozumieniu. Póki co jednak szlifuję angielski i mam nadzieję, że za jakiś czas doczekamy się polskiej edycji programu. :)

Linki:



Program miał już dwie edycje, odcinek świąteczny i edycję charytatywną. 
A co najważniejsze właśnie ruszyła Trzecia Edycja w BBC2. 
Zatem miłego oglądania!

P.S. Czy fakt, że pod wpływem tego programu kupiłam maszynę do szycia i żelazko, jakich używają uczestnicy czyni ze mnie wielką fankę? A jak! :))

piątek, 30 stycznia 2015

Moja Magnolia, czyli o tym ile czasu trwa projektowanie torebki...



Kiedy niecały rok temu uszyłam urodzinową torebkę dla Siostry, nie sądziłam, że dopracowanie tego modelu zajmie mi tyle czasu. Trwało to niemal rok i dopiero ten egzemplarz jest taki, jakim być powinien. Z pewnością ktoś może zadać pytanie: "Co tak długo? Przecież Ta torebka nie różni się wiele od pierwotnej wersji!". To prawda. Wizualnie nic się nie zmieniło, To jednak wnętrze torebki jest inne. Przez ostatni rok znalazłam nowe tkaniny techniczne, dzięki którym torebka jest sztywna, jej klapka się nie marszczy, a całość jest solidna i wytrzymała. Wiem też, jakich błędów nie popełniać i czemu poświęcić więcej uwagi, by efekt był zadowalający. - Niby nic, a jednak wszystko. :-)

Tkanina, z której uszyłam torebkę to moja ukochana alcantara, czyli potocznie ekozamsz. Ten piękny kolor dostałam w prezencie i jestem za niego bardzo wdzięczna :-). Pasuje idealnie do czekoladowego skaju (ekoskóra) i ciemnozielonej podszewki, której wzór wprost uwielbiam! Ostatecznego charakteru nadały srebrne nity i dodatki, dzięki którym torba ma nieco rockowy wygląd.





Dodatkowo do kompletu uszyłam etui na chusteczki. Szkoda, że monitor nie oddaje piękna tej zielonej podszewki, bo wierzcie mi, jest extra :-))))))


Z torebką praktycznie się nie rozstaję. Mieszczę w niej wszystko, nawet duży portfel i parasolkę. Teraz, kiedy Magnolia jest już dopracowana czas na nowe modele. Mam nadzieję, że tym razem praca nad nimi pójdzie mi o wiele sprawniej. :))) Do usłyszenia!

środa, 7 stycznia 2015

Etui na dysk zewnętrzny, czyli projekt uszyty tradycyjną "igłą i nitką"...


Według mnie szycie ręczne jest o wiele bardziej skomplikowane od maszynowego i wymaga większej precyzji. Na ogół nie szyję w ten sposób, ale zdarza się, że maszyny nie mam pod ręką i muszę wziąć do ręki igłę i nitkę :)) 

To etui na dysk zewnętrzny szyłam poza domem, na słonecznej werandzie, gdzie do dyspozycji miałam wyłącznie kawałki tkanin (pomarańczowej wełny i granatowej podszewki) oraz kolorowe muliny. Naturalnie zabrałam ze sobą dysk, by na bieżąco wszystko mierzyć i sprawdzać. Gdyby nie słońce i błoga, wiejska sceneria, nie wiem czy zabrałabym się za ten projekt. Coś magicznego jest w pracy w takim miejscu, gdzie czas płynie wolno, a wyobraźnię ograniczają wyłącznie materiały z których można skorzystać (z tymi ograniczeniami to bez przesady, bo zawsze znajdzie się jakaś pasmanteria :)))) ). 

Uszycie etui to nic skomplikowanego, ale zapięcie zajęło mi więcej czasu niż planowałam, bo sposób wiązania muliny (jak do bransoletek przyjaźni) jest dość czasochłonny. 

Jak można się było spodziewać pobliską pasmanterię musiałam odwiedzić, bo zabrakło mi pasujących guzików (co z tego, że mam ich w domu cały słoik, jak i tak czasem nie ma w nim tego odpowiedniego ;-)). 


Nie da się pozbyć uczucia, że etui posiada czułki i oczy, prawda? 
Efekt niezamierzony, a jaki uroczy ;-)



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...