niedziela, 21 grudnia 2014

Zmagania kaletnicze - odsłona druga, czyli portfelik i "krakowski piórnik"...

 

Mimo obaw o słomiany zapał kurs kaletniczy w Krakowie jeszcze mi się nie znudził. Długa podróż i brak snu rekompensują zajęcia praktyczne, z których co raz przywożę nowe uszyte rzeczy. 

Czerwony portfelik to trzecia rzecz jaką zrobiłam ze skóry. Wybrałam niewielkie czerwone i fioletowe skrawki, które dobrze do siebie pasowały i zaczęłam rozmyślać co z nich uszyć. Pomysł na jaki wpadłam wydawał się prosty, ale jego wykonanie odwrotnie. Nie obeszło się bez pomocy Pani prowadzącej zajęcia oraz kleju, bez którego jak się okazuje kaletnik nie może się obejść ;)




Drugą rzeczą, jaką przywiozłam z ostatniego grudniowego wyjazdu jest coś, co nazwałam "krakowskim piórnikiem". Wzór z jakiego jest uszyty to męska torba na ramię, która na ogół robiona jest z czarnej kodury. Egocentryzm w kwestii szycia wziął jednak górę i stwierdziłam, że zamiast tej torby uszyję dla siebie piórnik, w którym wozić będę narzędzia na zajęcia w Krakowie. Nie bez znaczenia przy podjęciu tej decyzji był fakt iż kolory tkanin jakie miałam nie pasowały do tego zadania. Bo jak tu uszyć męską torbę z miętowego materiału? No nie da rady ;-)

Torby niestety nie skończyłam na zajęciach, bo spieszyłam się na autobus do domu. Postanowiła jednak zrobić to po powrocie i.... ledwo się udało. Janome jęczała z bólu przeszywając grubą bizę kaletniczą, ale wraz z igłą do skóry ostatecznie dały radę ;-)) Może wykonanie nie jest idealne, ale przynajmniej na następne zajęcia pojadę już gotowym "krakowskim piórnikiem" wypchanym po brzegi narzędziami :)

czwartek, 18 grudnia 2014

W grudniu wspominam lato: letnie szorty i bluzka z Burdy

Pomiędzy świątecznymi porządkami a zakupem prezentów przyszedł czas na rozprawienie się z mijającym rokiem. Nie mylicie się myśląc, że chodzi o uszyte rzeczy. :) Tak, w grudniu (!) przeglądając szafę natknęłam się na dwie letnie rzeczy o których zapomniałam napisać. Zatem zrobię to teraz.

--------------------------
Pierwszą z nich będzie żółta bluzka z falbaną, którą uszyłam wykorzystując materiał pozyskany ze starej sukienki. Rozprułam ją w całości by następnie z otrzymanych kawałków skroić tkaninę korzystając z wykroju z Burdy. Nie było to łatwe i w rezultacie tył jest łatany z dwóch części. :-)


Od dawna miałam chrapkę na ten wykrój, bo zdjęcie z okładki aż prosi, by z niego skorzystać. Zatem jak tylko Magda podarowała mi starą sukienkę na przeróbkę wiedziałam, że to czas, by przestać marzyć i wziąć się za szycie :) dziękuję!


--------------------------
Drugą rzeczą są szorty. I tym razem skorzystałam z Burdy. Nie trafiłam jednak z rozmiarem i spodenki są o rozmiar za duże :))))). Jednak jak uszyłam to noszę (latem, oczywiście) i nie zamierzam się przejmować tym małym niedoszacowaniem wymiarów :) W końcu grunt, że nie są za małe!


Spodenki ze wzoru mają z przodu ozdobne rozcięcia. Ja jednak postawiłam na całkowitą prostotę. Starałam się jednak by każdy pasek na tkaninie schodził się idealnie. I udało się ;-)



--------------------------
A Wam też zostały do nadrobienia jakieś tegoroczne zaległości? ;)

poniedziałek, 17 listopada 2014

O procesie tworzenia, czyli jak wytłumaczyłam się z blogowania w obliczu wyróżnienia Creative Blog Tour...

Przyjmowanie komplementów nie jest rzeczą prostą. Jedni są do tego przyzwyczajeni, inni zaś peszą się robiąc wielkie oczy z niedowierzania, że ktoś zauważył i docenił ich w najmniejszym choćby szczególe. Ja zawsze miałam z tym problem i do dziś w takiej sytuacji na mojej twarzy mieszają się radość i zawstydzenie. 

Dziś jednak stawiam czoła ciepłym słowom, jakie wypisała pod moim adresem Agnieszka z bloga MojeRobótkowanie. Wyróżnienie jakim mnie odznaczyła to Creative Blog Tour, które skupia blogi warte polecenia. 

 
MOJE ROBÓTKOWANIE
Agnieszka prowadzi bloga od 2011 roku. Choć próbuje wielu technik  (m.in. decoupage, filcowanie, szycie itd.), to jednak dla mnie jest to dziewczyna od drutów :-). Szale, czapki, swetry - nieważne co, za każdym razem zrobione jest starannie. A wiem co mówię, bo przekonałam się o tym przy okazji wymiany, jaką zorganizowałyśmy zeszłej zimy. Ja dostałam ciepły szary komplet, a Agnieszka otrzymała dwie dżinsowe torebki.


Powiecie może: wielkie mi rzeczy zrobić szalik i czapkę. Może i to prawda, ale samodzielne przerabianie wzorów według rozmiaru czy tworzenie własnych kombinacji to już wyższa szkoła jazdy. I Agnieszka to potrafi. Ja nigdy nie opanowałam drutów do perfekcji, a moim swetrom daleko było do ideału. Zobaczcie jak jej to wychodzi:




 Dobieranie oczek niczym w swetrze Chanel!


Wzór i dobór włóczki - poezja!

Jest jeszcze jedna rzecz, którą cenię u Agnieszki. To ogrom wskazówek i tutoriali dotyczących robótek ręcznych. Jeśli więc planujecie swój pierwszy sweter czy szalik, koniecznie do niej zajrzyjcie :)
*naturalnie dwa zdjęcia powyżej to własność Agnieszki


IT's SO EASY

Nawiązując do ogromu tutoriali nie sposób nie wymienić osoby, której blog wręcz zalany jest morzem pomysłów. Malwina z It's so Easy ma do zaoferowania coś na każdą okazję. Świąteczny wianek, sztuczny ogród w słoiku czy kolorowe bransoletki okazują się nieskomplikowane dzięki przejrzystym wskazówkom, jakie zamieszcza. Dbałość o detal i piękne zdjęcia pozwalają krok po kroku stworzyć piękne rzeczy z na pozór zwykłych elementów.


Przepis na ten wianek znajdziecie właśnie na blogu Malwiny. To zadziwiające, ale mimo kilku lat podziwiania jej prac, dopiero dzisiaj dowiedziałam się jak ma na imię :)))


Jej oryginalne zdjęcia aż zachęcają do lektury. Poza pomysłowością podziwiam kadry za każdym razem, gdy wejdę na jej blog. Wiele frajdy musi sprawiać jej robienie zdjęć :)
*naturalnie dwa zdjęcia powyżej to własność Malwiny

A JA TO JA
Tak. Według wskazówek Agnieszki ostatnim elementem tego posta powinna być wzmianka o autorze. Jak głosi linijka wyżej - ja to ja, więc co tu więcej mówić. A jednak uszczknę trochę mrocznej tajemnicy ze swojej 4ipół letniej blogowej historii.... to aż tyle minęło!?

Mianowicie mam na imię Joanna i prowadzę bloga od lipca 2010 roku, kiedy to po wielu latach poszukiwań w życiu pasji postanowiłam o nich napisać. 

Zaczęło się od miłości do fotografii. W filmie "Sabrina" główna bohaterka grana przez Julię Ormond mówi, że fotografowała zanim jeszcze wzięła do ręki aparat. Ja czułam to samo. Widząc tyle ciekawych i niezwykłych rzeczy wokół patrzyłam na nie widząc gotowe do uchwycenia kadry. Ich ulotność nie dawała mi spokoju do czasu, aż na 18 urodziny sprawiłam sobie aparat i zaczęłam próbować je wszystkie uwieczniać. Jednak ten kto próbował wie, że aparat to jedno, a dobre zdjęcie drugie. Wiele miesięcy spędziłam na zgłębianiu wiedzy o sprzęcie i psychologii fotografii. Przeczytałam masę książek, wypstrykałam miliony pikseli i zaliczyłam kilka warsztatów. To wszystko sprawiło że dziś, mimo iż daleko mi do profesjonalisty, a dane techniczne sprzętu dalej stanowią zagadkę, odczuwam satysfakcję, gdy uda mi się skomponować kadr tak, jak tego chciałam.

Kiedy zaczęłam szyć? Pamiętam jak dziś starą maszynę Dziadków, przy której moja Mama obszywała firanki. Zawsze lubiłam na to patrzeć i zawsze chciałam spróbować. Naturalnie w obawie o przeszycie palców moje chęci były delikatnie temperowane, ale i tak w piątej czy szóstej klasie szkoły podstawowej uszyłam moją pierwszą koszulę z krótkim rękawem z kieszeniami. Wraz z drutami we włosach zaplecionymi w warkocze (które stały jak u Pipi!) stanowiła ona moje ubranie na bal przebierańców. ;) Wiele lat później sięgnęłam po ekoskórę i uszyłam pierwszą torebkę bardzo podobną do tej. Tak przepadłam bez reszty. Apetyt rósł a ja powoli zakochiwałam się w tkaninach, kolorowych niciach, a pasmanteria stawała się dla mnie drugim domem. Szyję regularnie odkąd założyłam blog i póki co mi się nie nudzi. 

Nad czym teraz pracuję?
Hmm... odkąd zapisałam się na kurs kaletniczy moją głowę zaprzątają torebki. Próbuję teraz swoich sił w szyciu skóry i planuję żółtą kopertówkę.

Czym moje prace różnią się od innych?
To trudne pytanie. Może po prostu tym, że są moje? Znam w nich każdy szew, każdą krzywiznę i nie umiem obiektywnie tego ocenić. W głębi serca mam jednak nadzieję, że choć trochę widać w nich że są dziełem jednej osoby i że widać ile pracy w nie wkładam.

Jak wygląda mój proces tworzenia?
To pytanie nakazuje mi odkrycie choć kawałka tajemnicy. Na pomysł wpadam w najdziwniejszych miejscach. Kiedyś zdarzyło mi się znaleźć sposób na poradzenie sobie z lecącymi oczkami w przerabianym swetrze, podczas jazdy tramwajem. Niezastąpione w takich sytuacjach są telefoniczne notatki, które skrupulatnie spisuję :-) Co później dzieje się z takim pomysłem? Rysuję, obmyślam, mierzę, robię szablon (prawie zawsze), kroję, sprawdzam i szyję. Nie straszne mi prucie i poprawki. I w tym można znaleźć radość :) Później cieszę się jak szalona że wyszło, że już, że sama, że to moje i latam po całym domu obwieszczając każdemu kto zechce posłuchać, że to JUŻ skończone. :-)
* zdjęcie na samej górze tyczy się właśnie tego punktu, a kolorowe cienkopisy grają kluczową rolę :)

Dlaczego piszę bloga?

Bo lubię pisać. Zawsze to lubiłam i nawet przez chwilę wydawało mi się, że "jak będę duża" to tak właśnie wyglądać będzie moja praca. W blogu łączę wszystko to co lubię: pisanie, zdjęcia i swoje pasje. To tu uczę się przyjmować komplementy i wyzbywam się strachu przed aparatem. Przede wszystkim jednak to dzięki niemu poznaję nowych ludzi, nowe rzeczy i cały czas pracuję nad sobą.
-----------------------------------

Mam nadzieję, że znajdziecie chwilę na wizytę u Agnieszki i Malwiny i jak ja docenicie ich pracę :-)

Ciekawa jestem czy Wy też macie takie warte polecenia blogi. Jeśli tak, podzielcie się nimi ze mną :))

poniedziałek, 3 listopada 2014

Granatowy bezrękawnik - bo jesienią dobrze jest wspominać lato

Dzisiejszy słoneczny i ciepły dzień przypominał ciepłe letnie popołudnie. Gdyby nie kolory liści można by się pomylić :) 

Aż wstyd się przyznać, ale nie rozliczyłam się jeszcze całkiem z letnią garderobą na blogu. Czas to nadrobić.

Ten granatowy bezrękawnik uszyłam wzorując się na tej bluzce, którą szczerze uwielbiam. Wykrój to model 119 3/2012 z Burdy. Zmodyfikowałam go jedynie zmniejszając wcięcia z tyłu przy ramionach. Ponownie postawiłam na prążkowaną bawełnę, która skusiła mnie niską ceną, w gratisie natomiast oferowała trening prania ręcznego. Ten granat tak farbuje, że boję się go prać z innymi rzeczami. Ale co zrobić. Uszyłam to noszę. I piorę ;-)

 Bluzkę mogliście już widzieć przy okazji mojej współpracy z Anitą z Book Reviews :) Pamiętacie? Wówczas zapomniałam o niej wspomnieć :))))


To na razie tyle. Dziękuję za słowa otuchy pod wczorajszym postem. Od razu mi lepiej :)))

niedziela, 2 listopada 2014

Jesienne smutki i kurs kaletniczy w Krakowie

Ostatnio dzieje się za dużo, a czasu jest za mało. Tydzień za tygodniem uciekają, a ja nawet nie jestem w stanie ich zauważyć. Nie wiem czy to wina jesieni i ciemnych wieczorów, kiedy jedyne o czym marzę to ciepły koc i film. A może to kwestia całej reszty, która sprawia, że zwyczajnie broniąc się przed natłokiem myśli organizm domaga się odpoczynku. Może to te obie rzeczy razem sprawiają, że humor ostatnio mi nie dopisuje.

Czy wy też tak macie i zamiast cieszyć się jesienną aurą coś was trapi? A może jesteście tak zabiegani, że nie mieliście czasu nawet zauważyć, że zaczął się listopad?

Zastanawiam się skąd wytrzasnąć energię na kolejne tygodnie. Zaczęłam nawet ostatnio co wieczór wypijać filiżankę gorącej czekolady na pokrzepienie, ale słabo pomaga. Macie jakieś skuteczne sposoby na jesienne smutki? Bardzo by mi się teraz przydały.

------------------------------
Nie chciałabym by wpis zarażał nudą, więc pozwólcie, że wytłumaczę się dzisiaj z moich krakowskich weekendów. Mianowicie - zapisałam się na kurs kaletniczy.

Nie wiem czy ktoś z Was pamięta, ale swoją przygodę z szyciem i blogiem zaczęłam właśnie od torebek. Wiedzę na ten temat czerpałam wyłącznie z Internetu i własnych prób, bo o książkę dotyczącą robienia torebek ciężko. W wakacje zdałam sobie sprawę, że już więcej sama się nie nauczę, więc zaczęłam szukać miejsca gdzie dowiem się czegoś nowego.

No i tu okazało się, że sprawa nie jest prosta. Niby zawód stary jak świat, a szkół już nie ma. Planowałam zapisać się na jakiś krótki warsztat, by wypytać prowadzącego co i jak, ale warsztatów w tej tematyce się nie prowadzi. A jeśli nawet były to nie ma. :( No więc nie pozostało mi nic innego jak chwycić się krakowskiej szkoły i zapisać na 1,5 roczny kurs :))))))))))))

TUTAJ możecie trochę o nim poczytać.

Co drugi tydzień wstaję więc o 4 rano (albo i wcześniej), by na wpół śpiąca zajechać na PKS, skąd autobus wiezie mnie całe 270km do Krakowa. Następnie prawie godzinę przebijam się przez miasto, by z akademickim kwadransem spóźnienia zacząć zajęcia.

Ale warto. Zajęcia praktyczne odbywają się w salach z prawdziwego zdarzenia. Szyjemy nasze pierwsze skórzane rzeczy na maszynach kaletniczych, które prawie bez wysiłku (i z prędkością światła, niestety) radzą sobie z grubymi warstwami materiałów i z prawdziwą skórą. 

Dopiero przekonuję się do skóry i używania kleju przy szyciu, ale przyznaję że to wciąga. Dodatkowo z  każdego zjazdu przywożę choć jedną uszytą rzecz. :-)

Oto kosmetyczka, etui na klucze - kluczówka (nie wiedziałam, że tak się to nazywa) oraz kuferek w panterkę, nasze pierwsze poważne zadanie:



Następny zjazd dopiero za trzy tygodnie, a ja już zastanawiam się co nowego ze sobą przywiozę. Kolejną kosmetyczkę, a może nową torebkę? :))

czwartek, 23 października 2014

Poranek w Krakowie...

Ostatnio co drugi weekend spędzam w Krakowie. Dlaczego? Pozwolę sobie szczegóły zdradzić dopiero w przyszłym tygodniu, ale już dziś dzielę się z Wami serią kadrów z porannego spaceru. 

Wyobraźcie sobie mroźny ranek, szron na liściach i przebijające przez liście słońce...

Poezja! :)






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...