piątek, 8 maja 2015

Trudne nowego początki...

Jutro jadę do Krakowa na kolejny zjazd kursu kaletniczego. Jestem spakowana, bilety kupione, nocleg zabukowany. Mam nadzieję, że podróż minie spokojnie i nie wysiądę z autobusu otumaniona i z bólem głowy. ;-) W sobotę czeka mnie rysunek i zajęcia praktyczne. Tym razem postanowiłam uszyć czarną, zamszową kopertówkę z błyszczącą zieloną podszewką z nakrapianego ortalionu. 

Co do ortalionu, to ostatnio mam pecha do tkaninowych zakupów. Nie wiem czy to wina słabego światła w sklepowych pomieszczeniach, ale już drugi raz materiał, który wydawał mi się extra, po wyjściu ze sklepu od razu okazał się tandetą. Tandetą przez duże "T", bo strach coś z tych kawałków szyć. Przynajmniej ten ortalion nie okazał się pomyłką. 

A żeby całkowicie wyżalić się z tkaninowych koszmarów dodam, że pikówka w kolorze monsunowej zieleni (... tak nazywa się farba na ścianie, a ona jest taka sama), z której planowałam zrobić kapę na łóżko została wyprzedana i nie widać szans na dostawę :(. Pamiętajcie więc: JAK MATERIAŁ SIĘ PODOBA - BRAĆ I SZYĆ! Bo później tylko męczy wspomnienie o niezrealizowanym projekcie i świadomość, że mogło być tak pięknie, a pięknie nie jest. 
Naiwnie dalej wierzę, że uda mi się ją kupić...



----------------------------------
Dzisiaj nie będzie żadnych nowych torebek. Ten post jest z pod znaku refleksji nad szyciem. Poza tym ostatnio większość wolnego czasu spędzam nad blogiem, ale tym nowym, wymarzonym. Wiem już jaki ma być, ale brak informatycznych zdolności utrudnia sprawę. Aktualnie jestem na etapie szukania odpowiedniego szablonu. Nie jest to łatwe i przestałam się już łudzić, że znajdę go wśród darmowych wersji albo stworzę sama. Myślę jednak, że jestem już bliżej jak dalej i może za kilka tygodni zaproszę Was do nowej siedziby z końcówką PL. :) 

Do tego czasu zapraszam Was na mój Instagram, Bloglovin i Facebook.

Póki co jednak donoszę, że żyję i wracam do szukania. Zostało mi jeszcze TYLKO jakieś 300 szablonów do przejrzenia ;)))))

czwartek, 23 kwietnia 2015

Skórzana saszetka, czyli o tym, jak nasz kraj zalewają nerki...

Czy nie odnosicie wrażenia, że torby nerki są ostatnio na topie? Gdzie nie spojrzę widzę człowieka z nerką na biodrach. Włączam Internet i co drugi sklep ma je w swojej ofercie! Czy świat oszalał na ich punkcie? 

Może pamiętacie pierwszą (i do niedawna jedyną) saszetkę-nerkę, jaką uszyłam dwa lata temu (o TAKĄ). Od tego czasu miałam ją ze sobą kilka razy, ale nie przekonałam się do niej. Dla mnie jest za mała i ciężka we współpracy, kiedy to chcąc wyciągnąć telefon muszę wyjąć najpierw kilka innych drobiazgów, by się do niego dobrać. Okropność i strata czasu. Wiem, może to tylko ta moja nerka jest taka niepraktyczna. Może. Coś jednak musi być na rzeczy, skoro nerki zalewają kraj :))))







Nie wiem czy tego typu torby można zaliczyć do mody młodzieżowej, czy sportowej, ale mi zawsze będą się one kojarzyć dwojako. Z targowiskiem, gdzie sprzedawcy trzymali w nich duże ilości gotówki. Jak na sejf, taka nerka wydaje się nagle baaardzo pojemna ;))))))). Drugie skojarzenie to pierwsze wakacje nad morzem i mój Tata, który nosił w niej portfel i dokumenty. :) Oj, to były wakacje. Nerka na wakacje jest idealna.

Właśnie przez to drugie wspomnienie postanowiłam podarować torbę-nerkę tacie mojej koleżanki, z wdzięczności za wsparcie mojej kaletniczej przygody. :)
Co zaś uszyłam dla niej samej zobaczycie niebawem ;)

-------------------------------------------
Nerkę uszyłam z czarnej skóry o ciekawej fakturze. Wnętrze wykończyłam błękitną podszewką i czarną lamówką. Tym razem torba wyszła bardziej pojemna od mojej :)







A Wy Drodzy Czytelnicy nosicie torby nerki, czy tak jak ja ciężko się Wam do nich przekonać? ;)

piątek, 17 kwietnia 2015

Szybki plecak z Burdy idealny na nordic walking


 Nadeszła wiosna i od razu chce się żyć!




Uwielbiam tę porę roku. Wiosna zawsze dodaje mi optymizmu i energii. Rano budzę się z przekonaniem, że to będzie dobry dzień, a kiedy wrócę z pracy uda mi się jeszcze zrobić coś kreatywnego :-). Wieczorami więc szyję i planuję co by tu wyczarować z materiału. 




Wraz ze wzrostem temperatury zwiększyły się też moje chęci do przebywania na świeżym powietrzu. Od roku chętnie sięgam po kijki do nordic walking i ruszam przed siebie. Ciepłe powietrze wieje mi w twarz, a ja mknę do przodu wśród budzącej się zieleni i czuję się szczęśliwa. Ta godzina intensywnego spaceru jest połączeniem sportu z przyjemnością. :)))))

Kiedy wybieram się na taki 'spacer', staram się nie brać torebki ani ciężkiego plecaka. Najlepszy okazuje się wtedy plecak-worek, który uszyłam według opisu z Burdy Szycie Krok Po Kroku 1/2012. Jest niesamowicie wygodny i pojemny. Bez problemu zabieram ze sobą telefon, portfel, coś na ząb, a nawet aparat fotograficzny. :)

Czy Wy również macie więcej chęci do działania odkąd przyszła wiosna? Mam nadzieję że tak :)))

-------------------
Wraz z wiosną nadszedł też czas na wirtualne zmiany. Kupiłam własną domenę i planuję lifting całego bloga. Przede mną długa droga, ale już nie mogę się doczekać! :)

piątek, 6 marca 2015

Pierwsza skórzana torebka...


Kiedy zaczynałam kurs kaletniczy w Krakowie sceptycznie podchodziłam do pracy z naturalną skórą i sądziłam, że łatwo się do niej nie przekonam. Na zajęciach nie miałam wyboru, ale w domu wybierałam tradycyjnie eko zamsz :-) Moja miłość do tego materiału chyba nigdy się nie skończy, ale powoli przekonuję się do nowego. 

Ruda torebka powstała z czterech elementów. Chciałam jak najoszczędniej wykorzystać kawałek skóry jaki miałam, więc wykroiłam z niej cztery prostokąty: największy to komora główna, dwa podłużne tworzyły uchwyty, a z najmniejszego zrobiłam chwost.


Skóra ta była bardzo delikatna, więc podkleiłam ją sztywnikiem. W kaletnictwie często używa się kleju, ponieważ materiał z którym się pracuje często nie daje się okiełznać. 

Bez kleju ciężko byłoby mi równo zamocować uchwyty. Pomocna okazała się tu również taśma malarska, która nie pozostawia śladów, a dzięki niej wiedziałam, w którym miejscu dokładnie je nakleić. Jak zawsze nabiłam też kilka srebrnych nitów dla wzmocnienia. :)







Model tej torebki jest prosty, ale od czegoś trzeba było zacząć. Mój Janome (tak, to mężczyzna!) poradził sobie z nią dzięki teflonowej stopce do skóry. Bywało ciężko, ale jakoś dało radę :) Póki co nie rezygnuję i już kleję kolejną torebkę. :)))))

Udanego weekendu! 

czwartek, 26 lutego 2015

O tym, jak szyłam tiulową spódnicę, czyli kilka wskazówek jak okiełznać materię...





"Szycie tiulowej spódnicy to czysta przyjemność przerywana sporadycznymi napadami frustracji."


:))) Tak mogłabym podsumować jej szycie. I choć to nie taka skomplikowana sprawa, jakby się mogło wydawać, to jednak na kilka rzeczy trzeba zwrócić uwagę. Dzisiejszy post nie jest tutorialem, ale zawiera kilka pomocnych wskazówek. Zatem: Jak uszyć tiulową spódnicę?







* Spódnicę tę szyłam na warsztatach u Róży Rozpruwacz, bo sama nie odważyłam się zmierzyć z tiulem. :))

1) Według mnie najbardziej skomplikowane jest cięcie materiału. Moja spódnica składa się z sześciu warstw tiulowych kół i podszewki również ciętej z koła. Tiul sprężynuje, więc żeby go pociąć (obliczając wcześniej promień koła na talię i uwzględniając długość spódnicy) najlepiej na początek go okiełznać. W tym celu tniemy materiał na kwadraty, które składamy na cztery, spinamy lub fastrygujemy, by nie uciekał i dopiero zabieramy się do wycinania. Rysować po tiulu się nie da, więc dobrze jest zrobić papierowy szablon części koła, który po przypięciu łatwo jest równo wyciąć.




2) Podszewka cięta z koła jest bardziej skomplikowana od samego tiulu. Delikatne włókna cięte pod skosem wyciągają się i deformują, co prowadzi do nieciekawych sytuacji, gdy podszewka zaczyna wystawać spod spódnicy (patrz: zdjęcie poniżej). UPS! ;-) Żeby temu zapobiec można po wycięciu wyprać podszewkę i rozwiesić na tydzień czasu, by pod własnym ciężarem włókna wyciągnęły się tyle ile im się podoba (oczywiście podszewkę rozwieszamy przypinając ją klamerkami w talii). To jednak nie zmienia faktu, że materiał trzeba wyrównać. Próbowałam to robić na leżąco, ale po każdym cięciu podszewka była krzywa. Zatem: PODSZEWKĘ RÓWNAMY POWIESZONĄ! Tak, inaczej się nie da. Odmierzamy skrupulatnie po kawałeczku żądaną wysokość od talii, zaznaczamy ją na tkaninie, a następnie w powietrzu równamy nożyczkami.



3) Jak już powycinamy, to przed wszyciem paska musimy połączyć wszystkie warstwy tiulu razem fastrygą. Tutaj zaczyna się kolejny trudny moment. Ułożenie kół równo na sobie to nie lada wyczyn. Ułożysz pierwsze z drugim, a następne wszystko psuje - koszmar! Ale i na to jest sposób. Grunt to podłożyć coś kontrastowego pod spód. Mój jasny tiul ułożyłam równo dopiero na czarnym podkładzie. Jeśli szyjecie ciemną tiulówkę wykorzystajcie białe prześcieradło. 5 minut i gotowe! ;-)



4) Kiedy uporacie się z wszyciem zamka krytego, paska i przyszyjecie guziki, to ostatnim etapem będzie podwinięcie podszewki. Można robić to "na oko", można upinać szpilkami (Powodzenia!), ale najszybciej zrobicie to stopką do zawijania/podwijania. Wiem, szycie na niej wydaje się kosmicznie trudne, ale zapewniam, że wystarczy poćwiczyć, żeby w kilka minut uporać się z podwinięciem całej podszewki. Jak to zrobić? Patrz zdjęcie poniżej.

Stopka do podwijania - jak jej używać?



Materiał zawijamy na płasko, na raz - resztę zrobi za nas stopka, by na końcu wyglądało to tak, jak na zdjęciach poniżej. O czym trzeba pamiętać? Przede wszystkim o ustawieniu igły w takiej pozycji, by wbijała się jak najbliżej końca podwinięcia. Drugą ważną rzeczą jest fakt, że raczej nigdy początek podwinięcia nie wychodzi. Tak bywa, więc nie ma się co wściekać, tylko wypruć ten kawałek i kończąc całe podwinięcie przeszyć początek jeszcze raz. Wówczas całość wygląda wzorowo. :) (Przynajmniej w teorii) :)))))))))) Jeśli tak się nie uda, to zawsze możecie podwinąć ten kawałeczek ręcznie ciesząc się przy tym, że nie przyszło Wam szyć ręcznie całości :)


To tyle w kwestii subiektywnych rad przy szyciu tiulówki. Kto wie, może komuś pomogą? ;-))
Do usłyszenia!


piątek, 20 lutego 2015

Czerwony fartuszek, czyli o siostrzanej przysłudze...




Czerwony fartuszek, który uszyłam powstał na prośbę Mojej Siostry, która uwielbia piec. Sama zrobiła projekt i dobrała tkaniny, ja musiałam tylko, a raczej aż przenieść jej rysunek na materiał i sprawić, by całość jak najbardziej przypominała ten wymarzony :-). Nie było łatwo, bo o ile spódnicę z koła już robiłam i zrobienie jej nie stanowi problemu, to góra okazała się wyzwaniem.



Jak widać na zdjęciu powyżej wykorzystałam do tego manekin i czarną tasiemkę, którą na nim upięłam, by następnie przyłożyć papier i odrysować wykrój. Nie było łatwo, ale metodą prób i błędów się udało. Czy wyszło ok - sami oceńcie :) (w lewym górnym rogu zdjęcia widać projekt fartuszka, z którym musiałam się zmierzyć).



Sesję zdjęciową nowego fartuszka robiłyśmy razem. Siostra pozowała w nim, a ja w mojej nowej tiulówce. Może i słowo nowa, nie do końca jest prawdą, ale zważywszy na to, że dopiero w tym miesiącu uporałam się z jej podszewką, to teraz przyszedł czas, by ją pokazać. Szczegóły szycia, pokażę w przyszłym tygodniu.

Póki co, kilka zdjęć z naszych wygłupów przed aparatem :)))))))))))) Dla zainteresowanych zaznaczam, że w tej sesji nie ucierpiały moje włosy (ani inne zwierzęta, oczywiście) ;)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...